Link do zewnętrznego obrazka
Chłopak stwierdził, że mnie zabierze, po czym nazwał w nieprzyzwoity sposób mojego ojca. To dlatego też nie chciałam nikomu o tym mówić. Mimo iż miałam pełną świadomość tego, że zasługuje na gorsze określenia, bardzo zabolało mnie to, że ktoś "spoza" tak go nazywa. W końcu to świadczyło o mojej patologii domowej. Tłumiąc w sobie szloch, wtuliłam się w chłopaka. Sterylny szpitalny zapach został na chwilkę zastąpiony moim ulubionym "bezpiecznym zapachem". Miałam ochotę przyciągnąć go do siebie, zatrzymać, nie pozwolić mu wyjść, ale już był za drzwiami. Wzy samowolnie popłynęły mi z oczu. W końcu byłam tylko patologią. Patologia jak już raz wejdzie w człowieka, zostaje w nim na zawsze. Miałam tylko nadzieję, że przynajmniej się zbytnio nie zadręcza tą całą sytuacją z Rose.
Miałam ochotę się obrócić i wcisnąć twarz w poduszkę, ale kroplówka ograniczała mi ruch. Było mi duszno. Bardzo duszno. Oddychałam szybko i łzy spływały mi po policzkach. Atak. Znów. Tylko po raz pierwszy od dłuższego czasu byłam sama. I do tego nie miałam możliwości wyjść na świeże powietrze, ani nawet otworzyć okna. Spanikowana chwyciłam się za gardło. Wydawało mi się, że ktoś inny je trzyma i ściska. Co to za szpital? Gdzie nikt nie pilnuje co się dzieje z pacjentami? Ale może to i lepiej, jeszcze wysłaliby mnie do psychiatryka.
Po dłuższej męczarni, nie jestem pewna, ale chyba straciłam przytomność.
Całą noc spałam niespokojnie i co jakiś czas budziłam się z poczuciem, że ojciec bądź Smith rzucają mi się na gardło, a rano byłam jeszcze bardziej zmęczona niż wieczorem. Dopiero ok 12, gdy pielęgniarka zorientowała się, że leki przestały działać i zmieniła mi kroplówkę, udało mi się jakoś normalnie zasnąć.
Ostatnio zmieniony przez Ojsa (26-03-2015 o 19h47)