Link do zewnętrznego obrazka
Andrew szybko się z nami pożegnał, więc zamknąłem po prostu za sobą drzwi. Zanim się zdążyłem obejrzeć, Roszpunka już spała. Czule opatuliłem ją kołdrą i pocałowałem w czoło. W mojej głowie odezwało się jakby westchnięcie. - Więc nadal tu jesteś... Angelo. - pomyślałem. Wiedziałem, że mnie usłyszy. Usiadłem we framudze okna i patrzyłem w gwiazdy. - Mną byś się tak czule nie opiekował... - zignorowałem tę uwagę, odbijając pytaniem - Czy mogłabyś mi w ogóle wyjaśnić, co robisz w mojej głowie? - Siedzę. - Wiesz, że nie widzę w tym nic zabawnego? - przez dłuższą chwilę panowała cisza, po czym Roszpunka zaczęła cicho nawoływać mamę, więc zeskoczyłem z okna i pogłaskałem ją po głowie. Byłem mocno zaniepokojony. Nie chciałem, żeby ta historia skończyła się tak, że odstawimy dziewczynę do wieży, Andrew odzyska swoje wspomnienia i będzie po wszystkim. Nie chciałem jej tam po prostu zostawić. Stała mi się równie bliska co książę. W tym momencie zrozumiałem swój egoizm. Zarówno Andrew jak i Roszpunka byli gotowi do drogi już wieczorem. To ja chciałem jak najdłużej zatrzymać ją przy sobie. - Mógłbyś na chwilę przestać myśleć? Jest tu tak słodko, że długo nie wytrzymam. - Wyjaśnisz mi, skąd się tam wzięłaś? - w mojej głowie rozeszło się westchnięcie, po czym Angela rozpoczęła swoją opowieść. - Pamiętasz to ostatnie polowanie? To podczas którego zostałeś poważnie raniony przez niedźwiedzia? Ledwo się doczołgałeś do mojej chaty, a ja niewiele mogłam zrobić. Zwłaszcza, że kazałeś mi najpierw zająć się tym cholernym niedźwiedziem! A ja głupia cie posłuchałam. Przelałam w ciebie tyle energii ile tylko mogłam, ale to okazało się być zbyt mało. Dlatego kosztem całej reszty, oraz materialnej powłoki przeniosłam cię do sali szpitalnej w zamku. Serce mi się łamało (pomimo, iż aktualnie już takowego nie posiadam) widząc jak cierpisz. Jak w ranę wdziera się gangrena. Jak przychodziłeś szukać mnie w mojej chatce i nie mogłeś mnie znaleźć. I nie mogłam się nawet odezwać. Powiedzieć co się dzieje. Od czasu tej sytuacji w wyniku której Andrew stracił pamięć, mogę już mówić swobodnie, ale to niestety nie wróży nic dobrego. - Nic dobrego? To znaczy? - znów zapanowała cisza. - Will... Ty umierasz. Twoje ciało staje się coraz słabsze, dlatego nie stawia mi już oporu. Gangrena nie weszła jeszcze aż tak daleko, żeby nie było to nieuleczalne, ale jest to możliwe jedynie w magiczny sposób. Może ta kobieta - matka Roszpunki będzie w stanie ci pomóc. Słyszałam kiedyś o czarownicy mieszkającej w wieży. Podobno była posiadaczką wielkiej magicznej mocy. Niestety bardzo prawdopodobne, że to tylko pogłoski. - I tak pewnie nie zechciałaby mi pomóc. W końcu teoretycznie porwałem jej córkę. - Przykro mi. - po wypowiedzeniu tych słów, o ile można to nazwać wypowiedzeniem, Angela nie odezwała się ani słowem. Westchnąłem. Już wcześniej przypuszczałem, że rana może być zabójcza, starałem się jednak żyć jak dotychczas. - Jeśli zginę, ojciec Andrew'a w końcu byłby szczęśliwy. - sięgnąłem swój płaszcz, który Roszpunka przewiesiła przez krzesło kładąc się spać i zrobiłem z niego poduszkę pod głowę. Ułożyłem się tak wygodnie jak tylko mogłem (oczywiście z wiadomych przyczyn na prawym boku) i spróbowałem zasnąć. Przez dłuższy czas mi się to nie udało, poprosiłem więc Angelę, żeby mi zaśpiewała. Ona, pomimo swojego wielkiego temperamentu i złośliwości, nie odezwała się ani słowem. Zaczęła śpiewać mi pieśń w jakimś pięknym starożytnym języku. Dosyć szybko zasnąłem.

Całą noc śniło mi się, że tonę w krzewach krwistoczerwonych róż. Próbowałem jakoś przez nie przebrnąć, one jednak nie chciały mnie wypuścić. Kaleczyły mnie mocno. Darły moje ubranie. Nagle jeden wielki kolec wbił mi się w ramię, dokładnie tam, gdzie znajduje się ta dokuczliwa rana. Całego mnie przeszył ból, tak jakby kolec zaczął się dzielić na mniejsze i wbijać coraz głębiej w moje ciało. Obudziłem się w gotowości do krzyku. Powstrzymałem się jednak, pomimo iż ból okazał się dosyć prawdziwy. Cały byłem zalany potem i musiałem parę razy głęboko odetchnąć by się uspokoić. Ból jednak pozostał. Ustał dopiero po jakimś czasie. Chyba, że tak na prawdę nie minął tylko do niego nieco przywykłem. Wstałem i stanąłem w oknie, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.
Właśnie wschodziło słońce. Podszedłem więc do Roszpunki by ją delikatnie obudzić. Ledwo zdążyłem wyszeptać - Roszpunko - usłyszałem pukanie do drzwi, poszedłem więc je otworzyć. Ujrzałem w nich Andrew'a. Rzuciłem - Witaj bracie. - i objąłem księcia. Pomimo, iż wcześniej przypuszczałem, że długo nie pożyję, pełna tego świadomość sprawiła, że chciałbym okazać mu jak bardzo mi na nim zależy, zanim... - eh... - do oczu napłynęły mi łzy. Wypuściłem chłopaka z objęć i wpuściłem do pomieszczenia. Wszystkie nasze rzeczy były nadal spakowane, w związku z tym wystarczyło tylko znieść juki z powrotem do koni, a potem moglibyśmy od razu ruszać.
Ostatnio zmieniony przez Ojsa (23-07-2015 o 16h55)