Strona główna

Forum - Missfashion.pl, gra o modzie dla dziewczyn!

Dyskusja zamknięta

Strony : 1

#1 11-12-2018 o 14h56

Miss'Żółtodziób
Hanko3
...
Miejsce: Knivskjelodden
Wiadomości: 10

Wojska Sabith zbrojnie najechały na Hassing. Chcąc przejąć ziemie, nie cofają się przed mordami, grabieżami i paleniem zapasów, a nawet całych wsi. Pośród wszechogarniającego konfliktu los splata drogi dwojga ludzi, podległych innym królom. Wojna rodzi sieroty, wdowy, łzy i cierpienie. Prawdziwym wyzwaniem  jest się jej przeciwstawić.

Opowiadanie na dwie osoby.

Ostatnio zmieniony przez Hanko3 (27-12-2018 o 17h33)


Valar morghulis...

Offline

#2 27-12-2018 o 17h33

Miss'Żółtodziób
Hanko3
...
Miejsce: Knivskjelodden
Wiadomości: 10

http://i67.tinypic.com/2430zrq.jpg//
Reynar hav Alraeth
Elf
29 lat
Od sześciu lat żołnierz kawalerii Sabith.

Z wyglądu jest typowym elfem. Wysoki, szczupły o pociągłej twarzy bez zarostu. Ma długie, jasne włosy i stalowoszare oczy, często barwi powieki na czarno. Zawsze ma przy sobie przynajmniej kilka elementów uzbrojenia.

Z natury jest spokojny. Przynajmniej do czasu, aż znajdzie pretekst, by ów spokój porzucić. Nierzadko miesza się w bitki. Nie zawiązuje przyjaźni, choć ludzie lubią przebywać w jego towarzystwie. Jest szczery. Nie znosi własnych słabości. Chętnie pomaga innym, ale nie znosi sytuacji, kiedy to on potrzebuje pomocy.

Ostatnio zmieniony przez Hanko3 (22-03-2019 o 16h01)


Valar morghulis...

Offline

#3 28-12-2018 o 01h59

Miss'nieobczajona
Iorvete
...
Wiadomości: 30

http://i67.tinypic.com/2ko7r9.jpg
Morvenn Abivalis
Człowiek
21 lat
Handlarka koni

Jest drobną, choć, po kilku latach pracy z końmi, dość silną kobietą. Ma ciemne, proste włosy i jasne, szaro-niebieskie oczy. Gdy przyjeżdża do wsi wyróżnia się dość bladą cerą, mimo, że rzadko przebywa w domu, wchodzi tam głównie, by spać, a i to nie zawsze.

Morvenn jest stanowcza, jednak nie często podnosi głosu. Jej pracownicy szanują ją i nie sprzeciwiają się poleceniom wydawanym przez kobietę. Nie potrzebuje kontaktu z ludźmi, a gdy już zaczepi ją ktoś obcy, zazwyczaj rozmowa kończy się szybko. Przejęła konie i pracowników po mężu, z którym straciła kontakt, gdy wyruszył na wojnę. Wojna wspomagała handel końmi, ponieważ były one potrzebne wojsku, które dotąd nie było jeszcze dość zdesperowane, by odebrać je za darmo siłą, lub z rozkazu władcy.

Ostatnio zmieniony przez Iorvete (28-12-2018 o 03h17)


http://i68.tinypic.com/103sqoo.jpg

Offline

#4 28-12-2018 o 03h17

Miss'nieobczajona
Iorvete
...
Wiadomości: 30

Kłęby pyłu unosiły się spod kół wozu i kopyt koni. Dwa silne, zimnokrwiste wałachy ciągnęły go, a trzy drobne roczniaki podążały z tyłu. Na koźle siedziały dwie kobiety. Starsza powoziła, a młodsza co chwilę oglądała się na źrebce. Podróżowały w milczeniu, większość tematów wyczerpały jadąc z towarami do wsi. Teraz, gdy wracały już do domów z pieniędzmi i tym, czego nie udało się sprzedać, rozmowa się nie kleiła.
- Nie padało już chyba od dwóch tygodni. - Stwierdziła starsza ocierając twarz z wszechobecnego pyłu. - Podasz bukłak Fillie? Powinien być zaraz za tobą.
- Ten jest pusty. Mamy jeszcze drugi?
- Tak. Kładłam go gdzieś za tobą, ale pewnie jest na samym dnie po pakowaniu całej reszty.
- Poszukam. - chwilę grzebała między workami. - Morvenn...
- Hm?
- Potrzymasz ten worek? Ciągle zsuwa mi się na głowę. - Powożąca obrzuciła drogę przed nimi szybkim spojrzeniem i odwróciła się, by pomóc towarzyszce. Jak się okazało, szybkie spojrzenie nie było wystarczające. W jednej chwili tył wozu podskoczył, najprawdopodobniej na jakimś wyjątkowo dużym kamieniu, a potem zsunął się do przydrożnego rowu. Dwa konie, które szły bliżej skraju drogi, spłoszyły się nagłego szarpnięcia. Zerwały się liny, a źrebce poszły pędem w las. Trzeci, przywiązany do rogu wozu, który pozostał jeszcze na drodze, tańczył tylko niespokojnie. Morvenn szybko dobiegła do niego i zaczęła go uspokajać, gdy Filli pobiegła śladem uciekinierów. Widząc marne szanse na dogonienie roczniaków, zwolniła i usłyszała wołanie właścicielki koni.
- Spokojnie, biegną w stronę stajni. Nic im nie będzie. Chodź! - odwiązała zwierzę od wozu, a z liny zrobiła prowizoryczne wodze. Weź go i jedź za nimi. Ja wyciągnę wóz i dojadę sama.
- Dasz sobie radę?
- Rów nie jest zbyt głęboki, a gdybyś została, to i tak trzeba by pilnować tego dzikiego rumaka. Jedź. - Podała linę Filli, a sama zsunęła się do rowu, by zobacyć, co może zrobić.


http://i68.tinypic.com/103sqoo.jpg

Offline

#5 28-12-2018 o 03h57

Miss'Żółtodziób
Hanko3
...
Miejsce: Knivskjelodden
Wiadomości: 10

Nie wiedział, jak długo błąkał się po lesie. W każdym razie dość, by pragnienie stało się nieznośne, a rana zaczęła wydzielać niepokojącą woń. Mori ostrożnie stawiała nogi pośród gęsto zarośniętej ściółki. Z początku starał się obierać drogę tak, by dotrzeć do najbliższego obozu swojej armii. Okazało się to jednak wyzwaniem ponad jego siły, zwłaszcza, że podczas bitwy został zniesiony z konia, a następnie silnie uderzony obuchem topora, którego właściciela odnalazł dopiero nazajutrz. Właściciel, co tu dużo mówić, był trupem. Zimnym, bladosinym ciałem okutym w ciężką, płytową zbroję. Niełatwo było mu wydostać nogę spod zwłok.
   Natychmiast po przebudzeniu zauważył cztery rzeczy. Mianowicie, że żyje, jest sam, pośród morza poległych, że rana ciągnąca się przez wszystkie niemal lewe żebra boli niemiłosiernie oraz, że muskające jego włosy chrapy należą do Mori. Jego wiernej klaczy. Kolejne spostrzeżenia nadeszły z czasem. Ból głowy, mdłości i zupełna dezorientacja. Nadludzkim wysiłkiem wciągnął się na siodło i ruszył, z początku kierując się resztkami przeczuć, później już tylko wolą konia.
   Przycisnął dłoń do boku, po czym spojrzał na nią z niepokojem. Krew nie chciała zakrzepnąć. Rana stale krwawiła, a on czuł, że wraz z posoką uchodzi jego czas. W chwili, kiedy postanowił zsiąść, rozsiodłać wierzchowca i umrzeć w spokoju pod nad wyraz urokliwym bukiem, Mori spięła się, nastawiła uszy, po czym zarżała głośno. Gdzieś z głębi lasu odpowiedziało jej inne rżenie. Klacz ruszyła miękkim truchtem, niemalże pozbywając się jeźdźca. Gdyby nie lata spędzone w siodle, Reynar z pewnością poszedłby na bliskie spotkanie z suchą, pachnącą listowiem ściółką. Utrzymał się jednak, ścisnąwszy jedną ręką przedni łęk siodła, drugą zaś palący bólem bok.
   Po chwili słyszał już parskanie koni nieopodal. Dostrzegł między drzewami piaszczystą drogę, a na drodze wóz. Mori zwolniła do stępa. Reynar pogładził klacz po szyi. Chciał w prawdzie dotrzeć do miejsca stacjonowania swojej jednostki, jednak w zaistniałej sytuacji rad był z każdej możliwości nawiązania kontaktu z ludźmi. Chociażby miejscowymi. Właścicielką wozu okazała się młoda, drobna kobieta odziana po męsku. Zajęta wypychaniem na drogę pojazdu, dopiero po chwili zauważyła, że do niej podjechał. Postanowił zaryzykować.
- Pomóż - niewiele znał słów w mowie Hassingerów, ale to jedno znał na tyle, by móc wydukać w dość zrozumiały sposób. - Proszę - dodał cicho. Co do tego nie był pewien, czy wymawia właściwie. Wierzył jednak, że i samo spojrzenie wystarczy, aby dziewczyna pojęła komunikat.


Valar morghulis...

Offline

#6 28-12-2018 o 04h41

Miss'nieobczajona
Iorvete
...
Wiadomości: 30

Przyjrzała się dokładniej nadjeżdżającemu. Był to żołnierz, który najprawdopodobniej przeżył ostatnią bitwę. Miał jednak spore szanse w najbliższym czasie dołączyć do swych poległych towarzyszy. No właśnie. Jego ubranie było tak brudne, że nie była w stanie ustalić, kim byli jego towarzysze. Skąd pochodzili, po czyjej stronie walczyli. Po czyjej stronie walczył on. Pozostawało to zagadką, dopóki nie usłyszała fatalnego akcentu przybysza. Był to Sabithczyk, to było pewne. Nikt mieszkający w Hassing nie kaleczył by tak tego języka. Jeździec ledwie trzymał się na koniu, jednak tylko jedną ręką trzymał się siodła. Druga kurczowo zaciskała się na boku, bezskutecznie usiłując zatamować krwawienie. Morvenn biła się z myślami. Zwykła, ludzka przyzwoitość nakazywała pomóc, zwłaszcza, że wybitną patriotką nie była. Powstrzymywała ją jednak myśl, że ten właśnie elf, (po chwili dopiero zauważyła, że nie był to człowiek), mógł zabić jej męża. Szanse były małe, jednak to on był najeźdźcą, przeciw któremu walczył. Istniała też kwestia strachu. Mimo, że ranny ledwie trzymał się w siodle, był wciąż niebezpieczny. Prawdopodobnym było, że gdy tylko odzyska nieco sił, stwierdzi, że powrót do swoich na wozie, jest wygodniejszy, niż wierzchem, a jedynym sposobem, by go zdobyć, jest zabicie właścicielki. Po chwili pomyślała jednak, że tak, jak obcy mógł zranić jej męża, tak rana na żebrach elfa, mogła być dziełem Harolda Abivalis, handlarza koni. Przemyślenia te zajęły jej około pięciu sekund, a po kolejnych dwóch podjęła decyzję. Wyciągnęła z przechylonego wozu duży worek z jasnego lnu i chwilę w nim grzebała. Do mniejszej torby przełożyła małą butelkę spirytusu, kilka czystych pasów materiału podartych na bandaże, a także duży zwitek miękkiej tkaniny i wszystko to podała elfowi, starając się nie podchodzić zbyt blisko. Po chwili dała mu też kawałek chleba i opróżniony podczas drogi bukłak, który napełniła do połowy, tak, by jej też coś zostało. Wykonała gest, który miał znaczyć  ,,Nic więcej nie mogę" po czym prawą rękę przysunęła nieco do noża, noszonego przez nią zawsze przy pasie. Obserwowała każdy ruch obcego.
- Idź stąd! - zawołała, choć wiedziała, że nie zrozumie. Miała tylko nadzieję, że może domyśli się sensu tych słów, wypowiedzianych wszak w obcym dla niego języku.

Ostatnio zmieniony przez Iorvete (28-12-2018 o 04h49)


http://i68.tinypic.com/103sqoo.jpg

Offline

#7 07-01-2019 o 20h41

Miss'Żółtodziób
Hanko3
...
Miejsce: Knivskjelodden
Wiadomości: 10

Domyślił się. Skłonił lekko głowę na znak podziękowania, podarki wsunął do juków i ruszył drogą. Wiedział, że niewiele trzeba, by padł ofiarą lokalnego folkloru. Wolał jednak zginąć choćby i od razów cepem, niż skonać gdzieś w puszczy jak skopany i porzucony pies. Klacz, nie musząc już zważać na przeszkody pod nogami ruszyła raźniej, unosząc głowę i rozdymając chrapy. Widać węszyła wszechobecny, ciężki zapach ziela.
   Ciepłe, suche powietrze i przedostający się wraz z nim pył drażniły nozdrza. Ptaki pośpiewywały leniwie, dając się niemal zagłuszyć namolnie bzyczącym muchom. Reynar nie odganiał ich już od ran. Nie dawało to długotrwałych efektów, a ból wciąż pozostawał bólem. Gościniec wił się pomiędzy drzewami, pozostawiając dalszą, jak i przebytą drogę niewidoczną. Mori kroczyła pewnie, trzymając się traktu.
- Thennead, khalri, favn thennead - rzekł łagodnym głosem do klaczy i pożałował natychmiast, kiedy pył drogi i zaschnięte gardło wymusiły rwący kaszel. Znów zacisnął dłoń na ranionym boku. Czuł, jak ciepła, ciecz spływa mu między palcami. Spojrzał na rękę i zaklął. Tym razem w myślach tylko. Każdy wdech na nowo jął promieniować jeszcze silniejszym bólem. Oddychał płytko. Sięgnął po bukłak, starając się nie skręcać zbytnio tułowia.
   Wsparł się na przednim łęku i przymknął oczy, starając się nie myśleć o bólu. Wsłuchując się w leniwe odgłosy lasu pozwolił klaczy prowadzić. Wiedział, że będzie trzymać się gościńca. Oboje mieli już dosyć gęstej ściółki i poszycia lasu. Nagle ciszę rozdarł krzyk. Mori spięła się, nastawiając uszu. Reynar również wyprężył się i zwrócił wierzchowca w kierunku, z którego dochodził krzyk. Ruszyli rysią.


Valar morghulis...

Offline

#8 19-03-2019 o 20h54

Miss'nieobczajona
Iorvete
...
Wiadomości: 30

Otarła czoło i oparła się, o wciągnięty właśnie na drogę wóz. Po chwili odpoczynku zkopała z drogi kamień, powód całego zamieszania, i chciała odwrócić się w stronę koni, gdy usłyszała kroki i poczuła na gardle ostrze noża.
- No, paniusiu. Daj nam wszystko, co masz, ściągaj sukienkę, to może damy Ci żyć. - głos napastnika był dość wysoki i chrapliwy. Morvenn sięgnęła powoli ręką do rękojeści swojego noża, po czym szybkim ruchem wyjęła go z pochwy i wbiła w nogę stojącego za nią mężczyzny. Usłyszała cichy jęk, a ostrze odsunęło się od jej krtani. Kobieta odwróciła się, zrobiła dwa kroki w tył i zmarła. Napastnik miał na sobie mundur jazdy Hassing. Tak samo byli ubrani stojący za nim mężczyźni. Korzystając z chwili nieuwagi skoczyli do niej, chwycili za nadgarstki i wykrecili jej ręce za plecy. Poczuła, że dłoń, w której trzymała nóż, prostuje się uderzona mocno w kostki. Morvenn krzyknęła z bólu, złości i strachu. Nie liczyła na pomoc. Szarpała się chwilę, jednak kopniak w tył kolan, sprawił, że klęknęła. Schyliła głowę, by nie zobaczyli łez, które wbrew jej woli spływały po policzkach. W tym momencie żołnierze mogliby zrobić z nią, co tylko chcieli, ale tak samo jak ona, usłyszeli tętent kopyt zbliżający się ku nim z głębi lasu.


http://i68.tinypic.com/103sqoo.jpg

Offline

#9 20-03-2019 o 21h40

Miss'Żółtodziób
Hanko3
...
Miejsce: Knivskjelodden
Wiadomości: 10

Sam nie wiedział jakim cudem wciąż trzymał się w siodle. Pęd zapierał dech, ogłuszał, ale Reynar widział już dokąd zmierza. Klacz prężyła się w cwale. Elf wiedział, że zdąży. I zdążył. Dobył miecza niemal nieuchwytnym dla oka ruchem i ciął pierwszego z napastników przez bark. Nim jeszcze ciemna posoka przesączyła się przez przeszywanicę, Mori doskoczyła już do drugiego, potężnego, o kanciastej, nierówno zarośniętej twarzy. Ten nie dał się już wziąć z zaskoczenia. Sparował cios. Pęd nadał jednak ostrzu taką siłę, że mężczyzna stracił na czas jakiś równowagę. Reynar wrył konia i zawrócił, by ponownie zaatakować. Bełt świsnął, ocierając się o udo jeźdźca. Kusznik niechybnie celował w konia. Chybił wyłącznie przez nagły zwrot. Elf natarł na strzelca. Mężczyzna pospiesznie nałożył cięciwę, odrzucił lewar, ale nie zdążył nawet unieść kolby. Padł na ziemię, plamiąc piach juchą, wartko płynącą z rozpłatanego gardła. Reynar widział, jak kusznik z niedowierzaniem patrzy na krew bryzgającą spomiędzy palców.
Nagle poczuł silny chwyt na łydce i rękawie. Nim zdążył zareagować, znalazł się na ziemi. Zarośnięty zdążył już dojść do siebie i teraz postanowił wyrównać szanse, ściągając Reynara z siodła. Elf na chwilę utracił kontakt z rzeczywistością. Paraliżujący ból rozszedł się po całym jego ciele. Wstrząsany spazmami ledwie dostrzegł ruch nad sobą. Oprzytomniał w porę. Wywinął się przed ciosem i szarpnął przeciwnika za nogi. To dało mu chwilę czasu. Stał chwiejnie, ale udało mu się odnaleźć upuszczony miecz. Kanciasty stanął naprzeciw, uśmiechając się paskudnie.
- Zachciało się panny ratować, tak? - splunął. - No to zobaczymy...
Nie skończył. Elf doskoczył i dobrze wyuczonymi, szybkimi ruchami ciął. Tylko dwa razy. Uchylił się przed kontratakiem, starając się zamaskować grymas bólu. Przeciwnik zamachnął się, ale ponownie chybił. Reynar znów wykonał dwa szybkie cięcia, po czym odskoczył. Zobaczył na twarzy oponenta dobrze znany, promienny uśmiech, który niezależnie od nacji wyrażał satysfakcję z rozpoznanego systemu walki. Wyraz ten widywał nie raz, a zawsze po nim następował inny, ale u każdego taki sam. Reynar wypadem znalazł się tuż przy przeciwniku i wykorzystując ruch zadał jeszcze jeden cios. Silny, krótki i precyzyjny. Ostrze ześliznęło się po kości miednicy i wgryzło w bok kanciastego. Na jego twarzy zagościł wyraz bezbrzeżnego zdumienia. Zachwiał się, elf stał naprzeciw. Na jedną chwilę świat skryła ciemna mgła. Kanciasty runął na elfa i z całej siły uderzył pięścią w naćwiekowanej rękawicy. Napastnik został natychmiast odepchnięty kopniakiem. Reynar widział, jak mężczyzna osunął się na kolana, jak starał się powstrzymać wyzierające wnętrzności, jak w końcu upadł twarzą w piach i wyprężył się. Później obraz znów zaszedł mgłą. Kolejne obrazy nie miały miejsca ani w czasie, ani w przestrzeni. Słyszał rechot i czyjś krzyk. Widział, jak idzie ku niemu kolejny mężczyzna, mocno utykając na prawą nogę. Chciał się podnieść, by stawić czoła i jemu. Czuł tylko piasek. Wszędzie wokół. Czuł sączącą się z ran na boku i udzie krew, nie wiedział skąd brała się ta, która zalewała mu oczy. Czuł radość, że koniec końców, zginąć przyszło mu w walce..
Ptaki leniwie pośpiewywały w wysokich koronach drzew.

Ostatnio zmieniony przez Hanko3 (24-03-2019 o 10h58)


Valar morghulis...

Offline

#10 22-03-2019 o 00h13

Miss'nieobczajona
Iorvete
...
Wiadomości: 30

Gdy jeździec wyjechał z lasu, żołnierze odeszli w jego stronę, zostawiając kobietę pilnowaną tylko przez jednego, tego, którego zraniła w nogę. Spojrzała w stronę walczących i że zdziwieniem rozpoznała w swoim wybawcy ledwie żywego elfa. Radził sobie, mimo rany, bardzo dobrze. Dopóki jeden ze zbirów ściągnął go z konia. Morvenn odwróciła lekko głowę. Raniony na początku żołnierz stał za nią i trzymał jej nadgarstki przy łopatkach. Kobieta przeniosła ciężar ciała na lewą nogę, a prawą kopnęła za siebie i trafiła w okolice rany. Mężczyzna jęknął, jednak utrzymał się na nogach. Gdy zobaczył śmierć ostatniego z towarzyszy, zaklął. Puścił ręce Morvenn i uderzył ją w skroń na tyle mocno, że ta upadła na ziemię. Nie dość mocno jednak, by straciła przytomność, co prawdopodobnie było jego celem. Wstała powoli. Jej strażnik zbliżał się do elfa, który wyraźnie nie mógł dalej walczyć. Widząc to, niemal bezwiednie sięgnęła do leżącego najbliżej trupa, a dokładniej do jego pałki. Był to gruby kij z wystającymi gdzieniegdzie gwoździami. Podniosła go i cicho podeszła do pleców zbira. Zamachnęła się, prawie tracąc przy tym równowagę, i uderzyła go w tył głowy. Jeden z gwoździ wbił się w kark, jednak wtedy nie zwracała już uwagi na tryskającą krew. Podeszła do swojego wybawiciela i obejrzała jego ranę, jednak stwierdziła tylko oczywiste rzeczy. Że jest źle, i że tutaj nie da rady go uratować. Sięgnęła do siodła stojącej nieopodal klaczy, zauważając przy okazji, że jest to dobry koń. Jak się spodziewała, była tam torba, która podarowała elfowi. Wyjęła z niej lniane bandaże i spirytus. Z wozu wzięła jeszcze trochę jedwabiu, który nasączyła alkoholem i przetarła ranę na żebrach. Położyła materiał na ranie i obandażowała ją, opierając wcześniej mężczyznę o wóz. Dopiero po tym zauważyła rozcięcie na udzie, które także opatrzyła. Elf okazał się lżejszy niż oczekiwała, lecz wyciągnięcie go na wóz było trudne, zwłaszcza, że nie chciała go jeszcze bardziej turbować. Trupy żołnierzy schowała w rowie pod liśćmi. Konia, na którym jechał elf, rozsiodłała i puściła. Jego, w przeciwieństwie do właściciela i jego rzeczy, ukryć nie mogła. Odjechała. Z wrogiem na wozie. Musiała mu się odwdzięczyć. Przed najbliższą wsią nakryła elfa dwoma płaszczami. Nie ocknął się podczas drogi. Dojechała spokojnie do swojej stadniny i oceniła szybkim spojrzeniem stan gospodarstwa.
- Nie ruszajcie rzeczy. Dam sobie radę. Możecie wracać do domów. - rozkazała pracownikom. Zanim odeszli rozczyściła konie i wyprowadziła je na łąkę. Gdy została sama, wzięła mały wózek i położyła na nim rannego. Położyła go w nieużywanej części wozowni na kopie słomy i wełnianym kocu. W pośpiechu pobiegła po igłę i nić. Chwilę to trwało, nim zaszła rany, a nie robiła tego bynajmniej starając się o ich wygląd. Na całe szczęście elf nie obudził się, co znacznie jej pomogło. Znów obandażowała zranione miejsca, przyniosła bukłaki z winem i z wodą. Chciała odejść. Zasnąć w ciepłym, wygodnym łóżku. Nie mogła. Bo co zrobił by obcy, gdyby obudził się sam, zamknięty w obcym, ciemnym pomieszczeniu? Została, posławszy sobie wcześniej w rogu szopy. Myślała, że nie zaśnie po emocjach z całego dnia. Myliła się, znużenie wzięło górę. Zasnęła.


http://i68.tinypic.com/103sqoo.jpg

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1