Strona główna

Forum - Missfashion.pl, gra o modzie dla dziewczyn!

Dyskusja zamknięta

Strony : 1

#1 22-04-2014 o 20h17

Miss'Sensei
Sentis
...
Miejsce: Gdańsk
Wiadomości: 1 226

No to tego... Wymęczyłam to "dzieło" jakieś kilka lat temu, nie dałam nikomu przeczytać, ani nic. Znalazłam ostatnio i stwierdziłam - a co tam! Więc wrzucam. Jest tego więcej, więc jak ktoś będzie chciał czytać, to zacznę sukcesywnie dodawać resztę, a może nawet coś dopiszę.
Sorry za brak akapitów, ale nie chce mi się ich poprawiać, a po wklejeniu znikają.

Randka, poczucie winy i szalona noc

Od jakiegoś czasu czuję, że moje życie nie jest takie jak zawsze. Coś się zmieniło, jednak nie potrafię do końca określić, co to jest. Chyba chodzi o nagromadzenie tych wszystkich ważnych rzeczy. Ten rok będzie naprawdę szalony i istotnych spraw jest coraz więcej. Ostatnia klasa liceum, matura, wybór studiów, remont w domu, buntujący się brat i wiele innych.
  Ostatnia rzecz jest naprawdę dziwna. Bunt sam w sobie nie jest niczym szczególnym, ale jeżeli zauważa się go u mojego brata to już inna sprawa. Idealny pod każdym względem Leonard Stewart przestaje słuchać matki, gdyż ona „nie rozumie jego potrzeb jako indywidualnej jednostki”. Boki zrywać. Całe szczęście już mu się poprawia. Może to dzięki psychologowi szkolnemu? Z resztą nieważne. Niech robi, co chce. Mam wiele ważniejszych spraw na głowie. Na przykład słabe oceny z fizyki. Nie wiem kto wymyślił żeby uczyć tego w szkołach. Przecież to jest idiotyczne. Mało przydatne w życiu i trudno przyswajalne dla umysłu. Tragedia.
Zmiany w życiu mogę też przypisać przeprowadzce i rozwodowi rodziców, ale to było tak dawno temu. Przeprowadziliśmy się kilka ulic dalej, więc nie odczułam większej różnicy.
Dźwięk SMSa przerwał moje rozmyślania o egzystencji i innych takich. To Lope znów zapomniała, co było tematem rozprawki na historię. Nie znam drugiej równie roztrzepanej osoby. Dusza artystki, buntowniczki i feministki zamknięta w drobnym ciele dziewczyny o blond włosach. Penelopa jest jedną z bardziej charakterystycznych postaci w szkole. Pierwszaki często się dziwią z tego powodu, bo jej wygląd nie wzbudza sensacji. Zupełnie inaczej jest z charakterem. Wyrzuca z siebie kilkanaście pomysłów na minutę, nawet w sprawach błahych i niewartych zachodu. Nikogo nie zostawi samego z problemem. Może nie znać osoby, ale to i tak nie zmienia faktu, że jej pomoże.
Penelopa to po części paradoksalna osoba. Mój umysł do dziś nie obejmuje w jaki sposób człowiek mściwy i złośliwy ma w sobie nieograniczone pokłady dobroci dla drugiego człowieka. Potrafi oddać swoje śniadanie bezdomnemu, ale nigdy nie dała mi spisać pracy domowej. Zawsze po takiej prośbie muszę wysłuchiwać mowy na temat przyszłości, zakończeniu szkoły, a na końcu zazwyczaj wstawia porównanie do kotów lub królików. Ogólnie rzecz ujmując, nie potrafi przemawiać zbyt porywająco.
Wysłałam jej treść polecenia i spytałam czy wpadnie za godzinę na herbatę. Musiałam z nią ogadać sprawę marnych ocen i kilku innych rzeczy. Czas najwyższy doprowadzić edukację do końca. Życiowym celem na ten rok jest ukończenie szkoły z dobrą średnią i zdanie matury. Potem może jakieś studia, gdzieś za granicą. Mało ważne na jakim kierunku, w jakim kraju i czy na wysokim poziomie. Najbardziej istotną rzeczą jest to, aby znajdować się w odległości tysięcy kilometrów od domu. Nie chcę już dłużej użerać się z własną matką i czasami z ojcem. Mogą mi wysyłać pieniądze i życzenia na święta. Nic poza tym. I niech nie oczekują wdzięczności, bo nawet mnie niej nie nauczyli, a w tej rodzinie zbyteczne są chęci do zmian.
Wstałam z krzesła. Czas najwyższy odejść od komputera, posprzątać w pokoju i względnie dobrze ułożyć fryzurę. Dzięki Bogu mam proste włosy co oznacza, że zabiegi fryzjerskie nie zajmują mi zbyt wiele czasu. Ogólnie mało dbam o wygląd. Tonik, peeling, krem, ewentualnie maseczka na twarz. Nie mam dla kogo się upiększać, więc tego nie robię. W niespełna dziesięć minut ogarnęłam Armagedon w pokoju, co sprowadziło się tylko do zasłania łóżka, ułożenia książek na półkach i pobieżnego odkurzenia podłogi. Lope przyczepi się do czystości tak czy inaczej. Nie ma sensu się wysilać. Godzina zero nadejdzie.
Coś spadło z szafki w kuchni, bo mama bardzo głośno zaklęła. Pewnie próbowała ugotować obiad. Tylko po co? Albo druga wersja, dla kogo? Nie było możliwości, że dla nas i to bez powodu. Mama nie jest bezinteresowna. Musi mieć jakiś powód, żeby gotować. To bardzo dziwne, że w piątek po południu, ktoś z naszej rodziny przebywa w kuchni z własnej, nieprzymuszonej woli. Trzeba to zbadać. Wyszłam po cichu z pokoju i na paluszkach popędziłam do owego pomieszczenia. Zatrzymałam się w korytarzu przy framudze drzwi prowadzących do kuchni. Dobiegł do mnie odgłos smażenia, gotowanej wody oraz włączonego piekarnika. Szykuje się trzydaniowy obiad – przystawka, główne i deser. Jak w restauracji. Powietrze było przesiąknięte zapachem czosnku, mięsa i ciasta truskawkowego. Aż zachciało mi się jeść, co rzadko kiedy ma miejsce po południu. Coś musiało być na rzeczy.
Weszłam do kuchni jak gdyby nigdy nic. Mama nawet tego nie zauważyła, bo całą uwagę kierowała na stek, który smażył się na patelni w towarzystwie czosnku. Obeszłam całe pomieszczenie. Nic dziwnego nie zwróciło mojej uwagi.
- Dla kogo ten obiad? – rzuciłam niby od niechcenia siadając na stołeczku przy lodówce.
Mama trochę się rozproszyła. Spojrzała na mnie ciekawskim wzrokiem i przetarła wierzchem dłoni czoło.
- Wieczorem przyjdzie do nas na obiad mój kolega z pracy. Mam jeszcze trzy godziny. Kurcze! – syknęła, kiedy tłuszcz z patelni prysnął jej na dłoń. Szybko schłodziła oparzenie pod strumieniem zimnej wody i wróciła do gotowania.
Nie było sensu dopytywać się o szczegóły. Otrzymałam podstawową informację i to miało mi wystarczyć. Choć mogę się dowiedzieć dużo więcej o domniemanym „koledze z pracy”. Lope wie wszystko, bo jej ojciec pracuje w tej samej firmie co moja mama, a jej starszy bardzo długo i wylewnie opowiada o swojej robocie, zazwyczaj w samych pozytywach. Raz zdarzyło mi się usłyszeć ten monolog. Raczej nie chcę tego powtarzać. Już wolę milczenie własnej matki, połączone z pesymistycznymi wywodami brata, którego celem życiowym jest zagadać mnie na śmierć. Może kiedyś mu się uda.
Stwierdziłam, że nie ma sensu siedzieć w kuchni aż do wizyty Lope, bo w najgorszym wypadku matka zacznie wygłaszać mowę o zgubnym działaniu kuchenki na cerę i włosy. Wyszłam z pomieszczenia, a kiedy przechodziłam obok pokoju Leonarda, usłyszałam dziwne dźwięki. Przypominało to trochę harfę i gitarę elektryczną. Weszłam do środka bez pukania. Ard przestał brzdąkać. Z radia wciąż sączyły się dźwięki harfy.
- Nie wiesz, że kiedy wchodzi się do czyjegoś pokoju to należy zapukać i poczekać na pozwolenie? – spytał podniesionym głosem. Chował za plecami jakąś kartkę.
- Co tam masz? – Podeszłam do biurka, wzięłam do ręki jeden z kilku takich samych zeszytów leżących na blacie. Był w całości zapisany gotyckim pismem. Pojedyncze słowa zajmowały całą stronę. Nie zdążyłam zobaczyć nic więcej, bo Ard wyrwał mi go z ręki, a pozostałe schował do szuflady.
- Nie twoje, więc nie ruszaj. Należy mi się choć trochę prywatności w tym domu wariatów. Matka już przeszukała mój telefon i komputer. Chociaż ty daj mi święty spokój. Chcę się na chwilę odprężyć zanim zasiądziemy do kolacji.
Nie ulega wątpliwości fakt, iż mój brat to dziwny typ. Ubiera się od stóp do głów na granatowo, czyta poezję, wzorowo się uczy i dba o swoje włosy bardziej niż mama. Często słyszę jak rozmawia ze swoją gitarą. Nie wiem jak to możliwe, ale ma dziewczynę, jeszcze dziwniejszą niż on sam. Nawet jej nie znam, bo nie obracamy się w tym samym towarzystwie. Całe szczęście.
- Co się znowu stało? Czyżby święty Ard miał problemy?
- Nie mów do mnie Ard!
- Wiesz, że wszystkie swoje wypowiedzi kierowane do mnie zaczynasz od słowa „nie”?
- Won! – powiedział, po czym rzucił we mnie poduszką. Uznałam to za delikatne wyproszenie z pomieszczenia, więc poszłam do siebie.
Lope miała być lada chwila, a stóg siana na mojej głowie wciąż nie przypomniał włosów. To chyba przez popołudniową drzemkę przed obiadem. Grzebień, pianka do włosów, a problem znika. Po trzech minutach byłam gotowa na mękę. Korepetycje z fizyki od najlepszej przyjaciółki.
Zło nadeszło dosyć szybko. Lope pojawiła się w drzwiach mojego pokoju punktualnie o godzinie 17:00. Miała ze sobą mnóstwo książek, zeszytów, długopisów, kserowanych papierów. Aż zabolała mnie głowa.
- Ave Margaret! Czas zmotywować twój mózg do pracy i przyswojenia wiedzy z fizyki. Może w końcu będziesz miała coś więcej niż dostateczny na koniec roku. Studia czekają!
- Dobra, skończ już te mowy motywacyjne, bo i tak ci to nie wychodzi, a mi się nie chce. Ogólnie mam wszystko w nosie.
- Jak zawsze z resztą…
Lope usiadła przy oknie i zrzuciła wszystkie materiały na biurko. Książki zasypały blat i po części spadły na podłogę. Dziewczyna nawet tego nie zauważyła, bo jej całą uwagę zajął nowy numer magazynu „Vogue”.
- Nie wiem czy wiesz…
- Wiem – przerwała mi. – Przyjdzie o 19:00 i jest kolegą z pracy. Widziałam go na Facebooku. Chwalił się nowym samochodem, dziesięcioletnim BMW. Żenada. Gość ma 32 lata i jest fanem długowłosych kotów.
- Zaraz, zaraz. Ile ma lat? Ty chyba sobie żartujesz. Moja matka sprowadzi do domu o sześć lat młodszego od siebie faceta i będzie go podrywać stekiem, a na deser wciśnie mu ciasto z truskawkami. Koniec świata. Wyprowadzam się do ojca. Będę sezonowo sadzić sałatę w Holandii.
Moje wewnętrzne szczęście, harmonia i spokój rozsypało się na kawałki. Kiedy już ułożyłam sobie życie w sposób, który umożliwiał mi normalne funkcjonowanie, to matka postanawia wszystko zepsuć. Tak po prostu. Myśli, że może związać się z młodszym od siebie mężczyzną, a on ją pokocha, będą szczęśliwi i ogólnie będzie pięknie. Zawsze tak uważa, bo to nie pierwszy taki przypadek. Tyle, że wcześniej oni byli od niej starsi. Kiedy zrywali, mama przez tydzień miała depresję. Płacz po kryjomu, przypalona chińszczyzna, smętne piosenki nucone pod nosem i wielki foch na szczotkę do włosów. Niby nic w tym dziwnego, ale to ja później muszę słuchać ojca i odpowiadać na jego bezsensowne pytania. Nie rozumiem jak ludzie po dwudziestu latach małżeństwa mogą się aż tak nienawidzić.
- Daj spokój. Przecież Emily jest dorosła, wychowała dwójkę dzieci i może robić ze swoim życiem co jej się podoba – stwierdziła Penelopa nie podnosząc głowy znad pisemka.
- Dlaczego ty do wszystkich dorosłych, których znasz, mówisz po imieniu? To nie USA.
- Czepiasz się.
Nastała niezręczna cisza. Lope już zdążyła znaleźć i zjeść połowę słonych orzeszków. Gazeta powoli się kończyła, a to oznaczało korepetycje z fizyki. Bezsensowne zadania z obliczaniem natężenia prądu lub pracy wykonanej podczas przeniesienia książki z krzesła na stół. Kogo to interesuje? Musiałam znaleźć jakiś temat do konwersacji, który odwróci jej uwagę od lekcji.
- Widziałaś dzisiaj Lestera w szkole, bo chciałam mu oddać książkę, ale nie mogłam go znaleźć.
Połknęła przynętę. Zamknęła gazetę, a sól z dłoni wytarła w spodnie. Po orzeszkach nie było już nawet wspomnienia. Tylko tłusta plama na jej ubraniu. Zrobiłam się jeszcze bardziej głodna, a do 19:00 jeszcze godzina. Ja chcę ten stek!
- Był, ale tylko na dwóch pierwszych lekcjach. Potem jechał z ojcem na prześwietlenie ręki.
- Złamał sobie rękę?! – niemal krzyknęłam ze zdziwienia.
- Nie on, tylko jego ojciec. Lester bosko wygląda za kierownicą i w ogóle dziś był taki odmieniony. Chyba odwiedził fryzjera, bo włosy z tyłu głowy nie sięgają mu już do ramion. Teraz wygląda bardziej jak emo. Tyle, że nie ma takiego ulizanego hełmu z włosów, tylko luźną i nawet trochę rozczochraną fryzurkę. Mówię ci, wygląda ekstra. No i dziś założył skórzaną kurtkę. On ogólnie super się prezentuje. Gorzej niestety z charakterem.
- Jesteś okropna. Po jednym, niemiłym incydencie skreślasz całą osobowość człowieka.
- Niemiłym? On normalnie chciał uderzyć dziewczynę.
- Kto ci takich głupot naopowiadał? Pijany koleś chciał od niego pożyczyć kilka funtów, a Lester powiedział, że nie ma przy sobie pieniędzy. Wtedy gość się wkurzył i chciał go uderzyć, ale potknął się o krawężnik. Wyglądało jakby Lester mu przyłożył co tak naprawdę nie miało miejsca.
- Julia zawsze będzie bronić swojego Romea. Miłość rządzi się swoimi prawami – zaświergotała robiąc rzęsami motylka.
- Ty mi po prostu zazdrościsz.
- Nie mam czego.
Rozmowę przerwało nam pukanie do drzwi. To Ard, bo tylko on w tym domu puka przed wejściem do czyjegoś pokoju. Ja stosuję tę zasadę wszędzie z wyjątkiem własnego lokum. Podobno rodzina nie powinna mieć przed sobą tajemnic.
- Chciałem się tylko dowiedzieć jaki strój jest wymagany na dzisiejszy rodzinny posiłek.
- Nie masz większych zmartwień? – warknęłam. Na samą myśl o tej szopce robiło mi się niedobrze.
- Ja o czymś nie wiem? – Zrobił zdziwioną minę, po czym poprawił węzeł krawata. Wyglądał jak jeden z Cullenów ze Zmierzchu. Blady, idealnie wystylizowany i wyniosły. Bella byłaby zachwycona.
- Wasza starsza zaprosiła na obiad swojego kolegę z pracy.
- No i co w tym dziwnego?
- On jest od niej o sześć lat młodszy! – krzyknęłam, bo napięcie zgromadzone w mojej głowie nie pozwoliło mi mówić z normalną dawką decybeli. Byłam wściekła.
Ard usiadł z wrażenia. Moje łóżko nawet nie zaskrzypiało pod jego ciężarem, gdyż nie należał do otyłej ani muskularnej części populacji. Masa jego ciała nie przekraczała 60 kilogramów.
- Chyba zwariowała. Może ojciec znowu do niej dzwonił? Chce się odegrać albo coś takiego. Ja od razu mówiłem, że ludzi na czterdzieste urodziny powinno się zamrażać i przywracać do życia na emeryturę. Przecież on jest pewnie głupi jak but.
- Jak ty się wyrażasz – upomniałam brata, dając mu tym samym delikatną sugestię.
- Chcesz go intelektualnie zgasić? Wchodzę w to. Tylko ubierz się odpowiednio, bo kamuflaż to połowa sukcesu.
-  Jesteście straszni – wtrąciła Lope. Miała oczy jak monety i dosyć przestraszony wyraz twarzy.
-  Ty nas jeszcze nie znasz – powiedział Ard, po czym wyszedł z pokoju.

Offline

#2 04-05-2014 o 18h50

Miss'Żółtodziób
...
Wiadomości: 0

Jeżuniu , nawet nie wiem co napisać.
Już z samego początku,  wydaje mi się to genialne. Zarówno postaci, jak i początkowa historia, która nie jest tak słodko - pierdząca jak większości innych opowiadaniach xd
Mam nadzieję, że będziesz dodawała dalsze rozdziały .o.

Offline

#3 12-05-2014 o 20h29

Miss'Sensei
Sentis
...
Miejsce: Gdańsk
Wiadomości: 1 226

Przez następną godzinę pomagała mi z przebraniem i już całkowicie zapomniała o korepetycjach. Kiedy wszystko było gotowe wyglądałam jak dziecko kwiatu inteligencji. Szara sukienka z długim rękawem, rozkloszowaną spódnicą, białe rajstopy i czarne baleriny. Włosy miałam zaczesane w koński ogon. Zero makijażu. To popsułoby mój wizerunek.
Pożegnałam Lope, a następnie udałam się do pokoju Leonarda. Jak przystało na młodą damę zapukałam przed wejściem do środka.
- Widzę, że już weszłaś w rolę. To dobrze. Jak się postaramy to o 20.30 mama zacznie krzyczeć i oskarżać nas o niszczenie jej życia.
Był odstrojony w ciemnoszary garnitur oraz śnieżnobiałą koszulę z idealnie wyprasowanymi mankietami i kołnierzykiem. Włosy przylegały do głowy od zbyt dużej ilości żelu. Lepiły się do czoła w ten sposób, iż chyba nie dałoby rady ich odczepić bez użycia łomu lub czegoś podobnego. Ogólnie rzecz biorąc przypominał chłopca z Rodziny Adamsów.
- O czym będziemy rozmawiać podczas posiłku? Masz może pomysł drogi bracie? – powiedziałam chowając przy tym ręce za plecy jak przystało na młodą damę, która jest odrobinę zawstydzona. Dosyć mocno wczułam się w swoją rolę. Chyba zacznę poważnie rozważać karierę aktorki.
- Przerażasz mnie – powiedział mając wyraz twarzy jak gdyby patrzył na osobę niezrównoważoną psychicznie. – Nie będziemy rozmawiać o niczym szczególnym. Jeżeli mama nas o coś zapyta to jej odpowiemy. Proste. Nie ma sensu mówić o czymś wybitnym przy przypalonym posiłku.
- Znowu przypaliła stek? Biedna kobieta. Dobija do czterdziestki, a dalej nie potrafi posługiwać się patelnią – westchnęłam.
Ard nic nie powiedział tylko wzruszył ramionami. Pozostało nam czekać. W głowie miałam już kilka wersji owego posiłku i  żadna z nich nie układała się pomyślnie ani dla tego gościa, ani dla mamy.
Pierwszy scenariusz ukazywał Pana X w delikatnie mówiąc złym świetle. Wyobraziłam go sobie jako gościa z pogniecioną bombonierką pod pachą, który ściska nas wszystkich jakbyśmy byli daleką rodziną. Następnie bez zbędnych ceregieli wciska mamie swój podarunek, po czym zasiada przy stole. Wykazuje totalny brak szacunku, bo zaczyna posiłek kiedy jeszcze nie wszyscy siedzą na swoich miejscach. Pochłania co mu się nadzieje na widelec, a całość ocenia średnio, gdyż spodziewał się czegoś bardziej domowego. Razem z Leonardem nie mamy zbyt wiele do roboty, gdyż Pan X sam się kompromituje.
Druga wersja ukazuje go jako eleganckiego mężczyznę w garniturze, który przyniósł gospodyni bukiet białych róż. Mama jest oniemiała ze szczęścia, a my odwrotnie. Siadamy przy stole, lecz po podaniu przystawki Pan X kategorycznie odmawia jej zjedzenia. Kiedy mama przedstawia mu resztę menu na wieczór, blednie i poluźnia węzeł krawata. Mówi, że połowa z tego nie jest jarska, a na resztę ma uczulenie. Mama zaczyna się gęsto tłumaczyć. Gość na odchodnym podaje jej adres strony gdzie przeczyta o wszystkich jego przypadłościach, przekonaniach i upodobaniach.
W ostatnim przypadku mamy najwięcej do roboty. Pan X przychodzi odstrojony jak stróż w Boże Ciało i już od progu zaczyna przepraszać mamę za spóźnienie oraz brak prezentu, gdyż uratował psa przed potrąceniem. Bardzo ubarwia swoją historię, ale nic na ten temat nie mówimy. Po skonsumowaniu głównego dania Ard przynosi deser. Pan X zasypuje owe danie komplementami i porównuje je do dzieła Michała Anioła. Pytam co ma na myśli, a on rozpływa się nad idealną prezencją i wykonaniem. Ard pyta czy Pan X zauważa podobieństwo między sztuką Michała Anioła, Leonarda Da Vinci, a miejskim graffiti i ciastem mamy. Gość milknie na co mój brat zaczyna monolog o kształcie, strukturze oraz mistrzowskiej precyzji. Dorzucam coś o teorii Engelsa i bitwie o Anglię. Mama zaczyna panikować, bo nerwowo poprawia kwiaty w wazonie, które są dekoracją stołu. Pan X ma wyraz twarzy jakbyśmy mówili w obcym języku. Kolacja szybko się kończy ze względu na migrenę mamy. Kiedy gość wychodzi, rodzicielka oskarża nas o niszczenie jej życia.
Mam szczerą nadzieję, że choć zakończenie będzie prawdziwe. Zaczynam się zastanawiać czy rzeczywiście dobry pomysł z tym Armagedonem na kolacji. Tak w sumie to nie wiem jak nazwać ten posiłek. Za późno na obiad, zbyt dużo jedzenia na kolację. Sama nie wiem, co to jest. Tyle zachodu dla kolegi z pracy. Kompletna strata czasu.
Chyba, że mama wiąże jakieś nadzieje co do tego spotkania. Pytanie tylko, dlaczego przyprowadza go od razu do domu? A może już wcześniej się spotykali? Nie, ta wersja odpada. Zauważyłabym, gdyby moja własna matka szykowała się na randkę. Poza tym zawsze wracała o tej samej porze co zazwyczaj. Nie brała nadgodzin, nie spóźniała się. Funkcjonowała tak jak zazwyczaj. Żadnych zmian wizerunku albo temu podobnych. Jednakże z drugiej strony sprowadzanie faceta do domu po tygodniu znajomości nie jest w jej stylu. Dziwi mnie fakt, że znowu zaczęła chodzić na randki.
Przestała przez ojca. Zrobił nam wojnę w domu za to, że matka znalazła sobie nowego faceta. Sam jest delikatnie mówiąc rozwiązły. Spóźnia się z płaceniem alimentów, narobił nam wstydu w sądzie, chciał żeby mama płaciła jego rachunki i oddała mu dom, bo rzekomo należy do niego. Całe szczęście wywalczyła w sądzie wszystko, co się jej należało. Teraz jesteśmy na swoim. W nowym domu niczego nam nie brakuje, ojciec płaci alimenty, a mama układa sobie życie od nowa. Oby jej się udało.
Za 10 minut powinniśmy zacząć ten cyrk. Mam szczera nadzieję, że szybko się skończy. Chyba nie polubię tego gościa. Tak po prostu. Chcę żeby mama ułożyła sobie życie, ale nie z nim. Kimkolwiek jest. Lubiłam przedostatniego wybranka. Frank był doradcą finansowym i całkiem nieźle się prezentował. Mama poznała go na stacji benzynowej, kiedy miała małe problemy z kartą kredytową. On zapłacił rachunek, a ona zaproponowała kolację w restauracji. Spotykali się kilka miesięcy, ale wyszło, że Frank ma żonę. Matka wpadła w szał i wielka miłość zakończyła swój krótki acz burzliwy żywot.
Życzę mamie szczęścia, lecz nie swoim kosztem. Pomimo rozwodu ojciec dalej jest zazdrosny. Zdradzał ją na prawo i lewo, jednak uważa, że rozwód jest winą matki. Wszystko zwalał na nią. Nawet złą pogodę.
Głuchą ciszę przerwał dzwonek do drzwi. Ard poruszył się nerwowo i poprawił marynarkę. Spojrzał na mnie, po czym otworzył drzwi. Wyszliśmy razem na korytarz. Obleciał mnie strach, bo plan był bardzo ryzykowny i  wredny, wręcz chamski.
- Ja się chyba jednak wycofuję – szepnęłam kurczowo trzymając się barierki od schodów.
Ard spojrzał na mnie jak na debila. Wyraźnie zdenerwowany oparł się ręką o ścianę i przygryzł dolna wargę.
- Chyba sobie żartujesz – warknął. – To chyba twój pomysł.
- Wiem, ale jak on będzie fajny i go polubimy?
- Wtedy damy mu spokój.
- Obiecujesz?
- A mam inne wyjście?
Był maksymalnie wkurzony, mówiąc kolokwialnie. Pewnie ułożył sobie w głowie cały plan, a ja tak po prostu wszystko zniszczyłam. Znienawidzi mnie. Chcę żeby mama była szczęśliwa i nikt tego nie zniszczy.
Znów nastała niezręczna cisza. Czekaliśmy na znak, ale na dole wciąż było cicho. Gdzie oni byli? Może matka przygotowała kolację dla dwojga i my nie byliśmy uwzględnieni w jej planach? Własna rodzicielka nie chce mi dać jeść! To oburzające! Napiszę skargę do Obrońcy Praw Dziecka. Uzewnętrznię się jako nieszczęśliwe dziecko pozbawione jedzenia i ciepła rodzinnego ogniska.  Jestem skrzywdzona i głodna.
- Zaraz przetrawię własny żołądek – stwierdziłam siadając pod ścianą.    
Ard tylko kiwnął głową. Zastygł w bezruchu niczym rzeźba. Normalnie Edward Cullen, wypisz, wymaluj. Całe szczęście, że wolę inny typ mężczyzn. Bardziej pociągają mnie niegrzeczne typy z pomysłem na przyszłość, własnym światopoglądem i ogromnym urokiem osobistym. Najlepiej zielonooki brunet. Koniecznie wyższy ode mnie. To chyba wszystkie wymagania.
Nie ukrywam, że teraz bardziej interesuje mnie kolacja, a raczej jej brak. Jestem cholernie głodna. Nie jadłam nic od ośmiu godzin, bo stołówkowe żarcie mnie nie zadowala.
Koniec imprezy. Idę na dół po jedzenie. Kiedy byłam w połowie drogi, Ard odkrząknął znacząco.
- Dobrze się czujesz? Nie idź tam!
Pokazałam tylko na swój brzuch i poszłam dalej. Starałam się stąpać jak najciszej. Plecami cały czas dotykałam ściany, co przypominało trochę sceny z Jamesa Bonda. Nie cierpię tego filmu. Stanęłam przed drzwiami. Próbowałam coś usłyszeć, ale wydawało mi się, że tam nikogo nie było. Rozczarowana weszłam do środka i dokładnie rozejrzałam się po pomieszczeniu. Na stole leżała nieprzygotowana do posiłku zastawa. Wszystko zostało starannie umyte i wypolerowane. Tylko po co? Moja uwagę przyciągnęła różowa karteczka na lodówce.
„ Wyszłam do restauracji z kolegami z pracy.
Wrócę późno. Nie czekajcie na mnie.
Mama
P.S. Kolację macie w piekarniku.”
Zamurowało mnie. Zostałam wyrolowana przez własną matkę. Jak ona w ogóle tak mogła? Mówi jedno, a potem robi drugie. Ta kobieta jest nienormalna i nieprzewidywalna. Gdybym nie zeszła po jedzenie, to dalej stalibyśmy z Ardem na schodach jak para przygłupów.
- Ard! Choć do kuchni! – krzyknęłam.
Jednym ruchem zerwałam samoprzylepna karteczkę z lodówki. Ja już jej dam popalić jak wróci. Po chwili usłyszałam kroki na korytarzu i skrzypienie drzwi.
- Czy tak trudno zrozumieć, że mam na imię Leonard? Wcale ci się nie musi podobać, ale powinnaś go używać, a nie tej durnej ksywki – powiedział zanim jeszcze zamknął drzwi.
Nic nie powiedziałam tylko pokazałam mu kartkę od mamy. Pierwszy raz widziałam, żeby zrobił się czerwony. Rozluźnił węzeł krawata i opadł na stołek obok lodówki. Wolałam nie przerywać jego milczenia, bo wtedy aż strach stać obok. Teraz dużo mu brakowało do wyidealizowanego wampira.
Mała żaróweczka mojej nieco wygłodzonej podświadomości zaświeciła jasnym światłem. Skoro mama sobie imprezuje, to my też możemy. Oczywiście nie było mowy o imprezie rodem z amerykańskiego filmu. Nie będzie litrów wódki i seksu w łazience. Jednak nie pogardzę kilkoma butelkami piwa. Ard również.
- Co powiesz na partyjkę pokera przy butelce piwa? - pytałam zgniatając przy tym list od mamy.
- Zamawiam telefon domowy!
- Ale ja nie mam już darmowych minut!
Pewnie i tak nie usłyszał. Cholera! Żeby tylko nie zaprosił swojej dziewczyny.

Offline

#4 02-06-2014 o 19h13

Miss'Sensei
Sentis
...
Miejsce: Gdańsk
Wiadomości: 1 226

Nie żeby coś, ale pamiętajcie, że komentarze karmią Wena, a to strasznie żarłoczna bestia jest /vendor/beemoov/forum/../../../public/forum/smilies/wink.png


Po półgodzinnych przygotowaniach wszystko na wieczór hazardowy było gotowe. Wynieśliśmy okrągły stół z kuchni do salonu. Przygaszone światła i kufle dodawały klimatu. Piwo chłodziło się w lodówce, a karty czekały na rozdanie. Wieczór zapowiadał się całkiem nieźle. Nie miałam sobie nic do zarzucenia jeśli chodziło o listę gości. Zaprosiłam Lope, Stancy i Alex, czyli moje przyjaciółki, które Ard dobrze zna. Boję się o gości mojego brata, bo z niektórymi mam nienajlepsze relacje.
Z Lope przeżyłam już wiele, znam ją od podstawówki i wiem o niej praktycznie wszystko. Co lubi, a czego nie koniecznie. Jakie ma kontakty z rodzicami, z rodzeństwem. Ile dostaje kieszonkowego i na co je wydaje. Jaki płaci rachunek za telefon. Po prostu wszystko. Znam nawet jej cykl menstruacyjny.
Moja przyjaźń ze Stancy wygląda nieco inaczej. Dosyć dużo o niej wiem, ale nie zwierzam się jej z problemów. Wychodzimy razem na zakupy, plotkujemy o chłopakach, chodzimy do biblioteki. Ona ma taki sam gust literacki jak ja. Poznałyśmy się dwa lata temu w szkolnej czytelni, kiedy wspólnie wisiałyśmy nad encyklopedią powszechną. Potem wiele razy spotykałam ją w księgarni. Przyjaźń przyszła z czasem.
Alex całkowicie różni się od dwóch wyżej wymienionych. Jest szarą myszką z małymi ambicjami. W ogóle czasem się zastanawiam jak ona dostała się  do drugiego najlepszego liceum w mieście. Ma nienajlepsze oceny, nie udziela się społecznie. Mało kto zwraca na nią uwagę. Moja mama chodziła z jej tatą do szkoły i kiedy byłyśmy małe często zostawiali nas z tą samą opiekunką. W gruncie rzeczy trudno nazwać nasze relacje przyjaźnią. Ogólnie kłopotliwą rzeczą jest powiedzieć o niej cokolwiek.
Goście mieli przyjść o 20:00, więc miałam jeszcze pół godziny żeby się przebrać. Te rajstopy to chyba wynalazek szatana. Ja chcę moje jeansy! A jak będziemy grać w rozbieranego pokera? Będę miała najmniej ubrań. Z drugiej strony Ard na pewno nie zgodzi się na tak prymitywne rozrywki. Granie na pieniądze też odpada z wiadomych przyczyn. Pozostają tylko zapałki. Pobiegłam na górę się przebrać i pomalować.
 
* * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Nie wiem skąd one idą, ani jaki tam jest czas, ale mają już trzydzieści minut spóźnienia. Chyba zaraz sama wypiję to piwo z lodówki. Ard już też się denerwował. Po chwili dostałam SMSa. Od Lope.
„ Nie mogę przyjść, bo ciocia do mnie przyjechała. Wpadnę do Ciebie w niedzielę”.
Po prostu świetnie. Mam nadzieję, że chociaż Stancy przyjdzie, bo Alex się wahała. Nie wiem co zrobię jak będę sama. Chyba od razu pójdę spać albo wejdę na Facebooka. Może zacznę czytać jakąś książkę. Sama nie wiem. Na myśl o nieudanym wieczorze aż mnie mdli. Czy ja naprawdę dużo wymagam? Wieczór w dobrym towarzystwie to zbyt wiele? Zawsze mam pecha do takich rzeczy.
Goście Arda już przyszli, a ja dalej siedziałam w swoim pokoju i czekałam na cud. Pomalowałam się na darmo. Koszulka z ogromnym napisem NIRVANA chyba przynosi mi pecha. Ostatnio miałam ją na sobie kiedy wybraliśmy się na rodzinną kolację do jakiejś dziwnej restauracji. Dosyć charakterystycznie tam pachniało, a kelner przypominał hrabiego Draculę. Zostałam oblana sosem z frytek i zbluzgana od nieuważnych, pokracznych wywłok. Mama zgłosiła sprawę na policję pomimo gróźb właściciela lokalu. Jedyną dobrą rzeczą było to, że dostałam tysiąc funtów odszkodowania. Zrekompensowałam sobie wszystko zakupami.
Nie pozostało mi nic innego, jak tylko uzupełnić bloga i przejrzeć nową ofertę internetowego sklepu odzieżowego. Mam dziś wielkiego focha na wszystkie kobiety w moim przedziale wiekowym.
Zdjęłam jeansy i włożyłam marmurkowe legginsy. Wygoda to podstawa siedzenia do późna przy komputerze. Myślę, że dziś pobiję swój rekord. Jeszcze tylko brak porządnego pożywienia dla łowczyni okazji. Zeszłam na dół żeby wziąć sobie krakersy i piwo. Ard siedział w salonie ze swoją dziewczyną i trzema kolegami. Popijali czerwone wino, co było dziwne, bo w lodówce chłodziło się piwo dla ośmiu osób. Spokojnie by im starczyło. Ale skoro nie chcą, to ja na tym skorzystam. Najwyżej jutro będę miała ogromnego kaca. W ekspresowym tempie porwałam z kuchni prowiant i wróciłam do swojego pokoju.
Przysunęłam stolik bliżej łóżka i postawiłam na nim piwo. Krakersy trzymałam przy sobie. Biorąc laptopa modliłam się, żeby na komunikatorze nie było wiadomości od żadnej z nich. Nie wiedziałam zbytnio, co robić przez całą noc. Najpierw uzupełnienie bloga, później przejrzę czat, wiadomości na Facebooku. A co potem? Szczerze wątpię, że ktoś oprócz mnie może się nudzić w piątkowy wieczór.
Wstukałam w wyszukiwarkę adres. Pobieżnie przejrzałam komentarze w nadziei, że znajdę coś ciekawego. Niestety, nie tym razem. Dużo spamu i kilka opinii w stylu „wiem co czujesz” albo „mam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży”. Aż ręce opadają. Czemu niby miał służyć ten komentarz? Może to było wsparcie moralne? Z resztą nieważne. Mam kilku stałych czytelników, a inni mnie słabo interesują.
To mój prywatny blog, więc mogę na nim publikować, co mi się podoba. Nikt ze znajomych nie wie, że swoje przemyślenia wrzucam do sieci. Żaden z czytelników nie wie jak się nazywam ani gdzie mieszkam. Wcisnęłam im, że na imię mi Sophie. Jestem całkowicie anonimowa. Mogę wyrzucić z siebie całą złość i obsmarować znajomych, a oni nawet nie będą o tym wiedzieli. Oczywiście nie używam ich imion. Jeżeli ktoś z nich by to znalazł, byłoby nieciekawie.
W nowym oknie przeglądarki otworzyłam podstronę gdzie edytowałam i zapisywałam różne treści, które po publikacji były dostępne na mojej stronie. Za wszelką cenę starałam się nie pisać za dużo, ale pod wpływem emocji nie raz zdarzało mi się stworzyć prawie że powieść. Jednak ktoś to czyta bez względu na długość. A ja wyładowałam swoją złość i było mi lżej na duszy.
Dobra, czas najwyższy skupić te leniwe szare komórki, które nie pracują z własnej roli. Są jak ja i zmywanie naczyń. Praktycznie rzadko spotykane w naturze. Strzeliłam palcami u rąk. Gdyby mama to usłyszała, już dawno dostałabym ścierą po głowie, plus monolog o tym, że na starość będę miała krzywe i bezwładne dłonie. Bezsens. Przecież to na kilometr śmierdzi kłamstwem, chyba.

„Piątek, 5 X 2010 r.                                                                                                                        godz. 21:32
Z patyczkiem do lodów na księżyc
Nie będę się rozpisywać jak było w szkole, gdyż z oczywistych względów jest to mało ciekawe. Trochę słuchania, pisania, potakiwania i spania na siedząco z otwartymi oczami. W tym ostatnim jestem mistrzem. Teraz próbuję tak w pozycji stojącej.
Po pobieżnym przeglądzie sfery internetowej napisałam do Przyjaciółki 1 czy nie pomogłaby mi z fizyką. Zgodziła się choć miałam cichą nadzieję, że coś jej wypadnie i korki pójdą się bujać.
Zaniepokojona hałasami w kuchni pobiegłam do ów miejsca. I co zobaczyłam? Moją mamuśkę przy garach. Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Katastrofa wisiała w powietrzu. Po krótkim wywiadzie środowiskowym dowiedziałam się, iż na obiadokolacji będziemy mieli gościa. Nie żebym miała coś przeciwko, ale mogła mnie uprzedzić wcześniej. Ale nie, to nie. Zemsta będzie słodka. Znaczy miała być. Gość razem z mamunią przepadł, a obiad dalej stoi w piekarniku.
Razem z braciszkiem wymyśliłam karciany wieczór z przyjaciółmi. Szlag jasny trafił moje plany. Teraz jestem samotnym wędrowcem po rozdrożach internetowych czeluści. Mam serdecznie dosyć dziewczyn w moim przedziale wiekowym, a przede wszystkim tych, które mnie olały.
Moja frustracja osiągnęła już Mount Everest swoich możliwości. Mam dość, mój brat siedzi w salonie ze swoimi znajomymi, a ja tkwię na górze. Chyba powoli zmieniam się w hikikomori.
Kończę, bo zwariuję.
Sophie”.
Jeszcze raz przeczytałam swoje wypociny. Nie znalazłam żadnych błędów, więc nacisnęłam „Enter” i poszło w świat. Tak ogólnie rzecz biorąc, to nie wiem dlaczego piszę internetowy pamiętnik . Chyba zeszyt nie spełniał moich oczekiwań. Lubię się chwalić. Dużo mówię i inne takie.
Dziwi mnie fakt, iż notka wyszła mi taka krótka. Zazwyczaj tyle zajmował mi sam wstęp. To pewnie z powodu frustracji. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień.
Zalogowałam się na Facebooku i zaczęłam przeglądać najnowsze wpisy znajomych. Większość moich koleżanek wypisywała jakieś ckliwe sentencje o nieszczęśliwej miłości lub fragmenty popowych piosenek. Nie zgłębiam się zbytnio w lekturę tych wypocin. Mam już wystarczająco zepsuty humor. Lester napisał jak świetnie się bawił na występie jakiejś początkującej kapeli  w klubie Cafe Rock. Wrzucił swoje zdjęcie z wokalistą na tle ulicy. Niby nic specjalnego, ale w końcu to Lester, więc kliknęłam „Lubię to”.
Niecałą godzinę temu Lope poleciła na swoim profilu teledysk do piosenki „Teenagers” zespołu My Chemical Romance. Dobrze wie, że uwielbiam ten kawałek. Pod spodem napisała : „Mam nadzieję, że mimo wszystko dobrze się bawisz”. To już był cios poniżej pasa. Miałam zepsuty humor, a ona chciała mi go poprawić. Z marnym skutkiem. Teraz jestem jeszcze bardziej zła. Co chciała osiągnąć tym komentarzem? Chciała zrzucić na mnie poczucie winy? Jeszcze czego! Nie ma takiej opcji. W ogóle nie będę o tym myśleć. Tylko piwo, krakersy i mój laptop.

Offline

#5 09-07-2014 o 14h10

Miss'ok
K-pop
"In the most beautiful flowers man gets on his funeral"
Miejsce: Gdańsk : )
Wiadomości: 62

Wow cudowne opowiadanie ;3
Myślę że będzie dużo rozdziałów  /modules/forum/img/smilies/bimbo/amoureuse.gif

Offline

#6 12-07-2014 o 01h37

Miss'Sensei
Sentis
...
Miejsce: Gdańsk
Wiadomości: 1 226

Upiłam spory łyk z butelki, po czym ponownie weszłam na bloga. Miałam być uczciwa wobec moich czytelników. Tak sobie obiecałam.

„ Piątek, 5 X 2010 r.                                                                                godz. 22:44
Chyba przestałam rozumieć znaczenie słowa przyjaźń. Zawsze wydawało mi się, że w tej relacji chodzi o szczerość, prawdziwość i dbanie o siebie nawzajem. To trochę jak w rodzeństwie, ale nie trzeba patrzeć na siebie codziennie. Bez względu na płeć, przekonania czy wygląd. Nawet skrajnie różne osoby mogą się przyjaźnić, a różnice między nimi tylko wzmocnią tę więź. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Czy wymuszanie poczucia winy jest zgodne z regułami przyjaźni? Szczerzę wątpię. A kto próbował tak zrobić? Osoba po której najmniej się tego spodziewałam. Najlepsza przyjaciółka.
Rozumiem, że nie mogła do mnie przyjść. Mi też niejednokrotnie coś wypadało i musiałam przesunąć na później nasze wspólne plany. Mówiłam jej o co chodzi, przepraszałam, a potem wspólnie myślałyśmy nad następnym spotkaniem. Zazwyczaj kończyło się na kinie lub zakupach. Ale ona musiała wywinąć jakiś numer. Jeżeli coś nie idzie po naszej myśli to jesteśmy zdenerwowane. Ona dobrze wie, że mam podły nastrój, ale i tak życzyła mi udanej zabawy „mimo wszystko”. Nie mogła mnie zostawić w spokoju, tylko musiała wzbudzić we mnie poczucie winy.  Wcześniej byłam zła, a teraz jestem wściekła, wręcz na granicy furii.
To wydaję się trochę bez sensu. Absurdalna sytuacja. Ale lepiej bym się czuła gdyby dała znać dopiero jutro. To dosyć skomplikowane. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Sophie”.
Znowu wyszło krócej niż zwykle. No cóż, takie są uroki pisania pod wpływem alkoholu. Chociaż butelka piwa to wcale nie tak dużo. Chyba po prostu nie mam dobrej wymówki.
Po raz kolejny weszłam na Facebooka. Kolega polecił mi jakiś idiotyczny test psychologiczny, a ktoś inny wysłał link do głosowania w rankingu. Ci ludzie chyba nie wiedzą do czego służy ten portal. Niech znajdą sobie coś innego. Profanują moją świętość. Przy rejestracji powinni od razu robić test IQ. Jestem pewna, że populacja idiotów zmniejszyłaby się tam przynajmniej o połowę.
Kiedy sięgnęłam po następną butelkę, poczułam, że mój pęcherz moczowy za chwilę eksploduje. Jak każdy normalny człowiek udałam się do ubikacji. Nie spodziewałam się jednak, że zastanę tam kolegę mojego brata, który oglądał wnętrze muszli klozetowej. Ostrożnie wycofałam się z pomieszczenia. Pozostała mi tylko łazienka na parterze. Jednak coś mi się nie zgadzało. Po co koleś wszedł do tej łazienki, jeżeli na dole jest druga? Chyba, że tamta też była obecnie zajęta. Drogą dedukcji wnioskuję, iż jeżeli dwie osób    y są już pijane, to na jednej butelce wina raczej się nie
skończyło. Ja już dam popalić temu kretynowi. Nikt nie będzie robił meliny z mojego domu.
Zbiegłam schodami na dół i jak burza wpadłam do salonu. Obrazek który zobaczyłam był jeszcze gorszy od tego z łazienki. Najlepszy przyjaciel Arda – Gerard – obściskiwał się z jego dziewczyną, a mój brat z innym kolegą spał na kanapie. Jeden na drugim. Mam nadzieję, że nie doszło do niczego między nimi. Na stole stały trzy butelki po wódce i dwie po czerwonym winie. Wszystkie szklanki i kieliszki z których pili zostały rozbite w drobny mak. Powietrze było przesiąknięte zapachem potu, alkoholu i wymiocin. Dam sobie rękę uciąć, że ktoś zwymiotował za fotelem. Jak już wszystko posprzątamy to go zatłukę. Jak paskudnego karalucha.
Nie miałam ochoty dotykać jego przepoconych ubrań, krzyki też nie wchodziły w grę. Nie pozostawił mi innego wyboru. Z całej siły uderzyłam go w twarz. Jęknął przeciągle z bólu, po czym otworzył oczy. Kiedy dostrzegł w jak niezręcznej pozycji się znajdował, poderwał się z miejsca. Wyglądał okropnie. Wymięty garnitur, zielonkawa cera plus podkrążone i lekko zamglone oczy. Na samą myśl o jego jutrzejszym kacu, cieszyłam się w duchu jak szalona.
Ard rozejrzał się powoli po pokoju. Na widok syfu jakiego narobił aż złapał się za głowę. Jego wzrok zatrzymał się na Victorii i Gerardzie. Cała gama kolorów przeszła po jego twarzy. Z zielonego na biały, różowy, potem kolejno na pomarańczowy, czerwony i fioletowy.
Niewiele myśląc złapał oboje za włosy, zbluzgał, po czym wyprowadził z domu. Na końcu trzasnął głośno drzwiami, aż kolega z kanapy się obudził.
- Margaret, poznaj Michaela. To mój…
- Partner seksualny? – spytałam w drwiną.
Koleś wytrzeszczył oczy niczym żaba. Spojrzał na swój rozporek, a chwilę później biegł do łazienki. Dość zabawny obrazek. Przynajmniej moim zdaniem, bo Ard nie wyglądał na szczęśliwego. Opadł na kanapę i głośno westchnął.
- Nie martw się – powiedziałam kładąc mu rękę na ramieniu. – Kupię ci jakiś ładny wieniec na trumnę.
Nic nie powiedział tylko jęknął żałośnie i schował twarz w dłonie. Po chwili na schodach pojawił się miłośnik muszli klozetowych. Gdyby nie był zielony na twarzy to zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest przystojny. Czarne, mocno wycieniowane włosy opadały mu na twarz. Chyba miał grzywkę, ale fryzura była tak rozczochrana, że trudno było ocenić. Był szczupły, wysoki, z wąskimi ustami, mocno zarysowaną linią szczęki i ciemnobrązowymi oczami. Miał na sobie obcisłe jeansy i koszulkę w napisem „Punk not dead”. Moja własna, żyjąca wersja Adonisa.
- Daniel, to Margaret. Margaret to Daniel – przedstawił nas Ard. Chyba od tego wszystkiego zapomniał o kulturze osobistej.
Chłopak skinął głową i uśmiechnął się lekko, a mi zmiękły kolana. Musiałam odwrócić wzrok. To chyba mi się śni. Ale nie pora na flirt i inne temu podobne rzeczy. Trzeba tu w końcu posprzątać, bo mama może wrócić w każdej chwili.
Bez słowa wzięłam się do pracy. Otworzyłam okno w pokoju na oścież, a świeże powietrze wprost zwaliło mnie z nóg. Dopiero teraz poczułam jak mocno tu śmierdziało. Poszłam do kuchni po ściereczkę i miskę z wodą, gdyż nie miałam zamiaru zbierać szkieł gołymi rękami. Ard zdążył już odsunąć fotel i posprzątać butelki. Michael próbował zmyć ze ściany wymiociny, które chyba należały do niego. Obcych by raczej nie ruszał. Daniel poprawił kanapę. Przez następne 20 minut wszyscy wywabiali plamy od wina na poduszkach, a następnie wyczyściliśmy dywan.
Nie sądziłam, że w ciągu godziny uda nam się posprzątać cały ten bałagan. Wszystko wyglądało tak jak przed wyjściem mamy. Ściany były blado pomarańczowe, okrągły dywan leżał na środku pomieszczenia, a na nim stała oliwkowa kanapa, obok fotel w tym samym kolorze. Naprzeciwko stał telewizor wokół którego ustawione były regały z książkami. Kwiat w rogu pokoju dostał nową doniczkę i wszyscy byli szczęśliwi. Nic nie wskazywało na to, że jeszcze godzinę temu panowała tu Sodoma i Gomora.
Faceci byli totalnie padnięci. Po minie Arda wywnioskowałam, iż nie ruszy się z fotela aż do jutra. Michael leżał na kanapie, a mój Adonis stał obok mnie.
- Chyba nie myślicie, że to już koniec sprzątania? Nawet nie ma mowy żebym szorowała po was łazienki.
- I zlew w kuchni – dodał cicho Ard.
- Len chyba zapomniał jaką niespodziankę zostawił w korytarzu – zachichotał Michael.
- Len? – spytałam unosząc brwi.
- Osobiście to wolę już Arda – mruknął, po czym poszedł posprzątać po sobie. Chwilę później dołączył do niego Michael.
Daniel w dalszym ciągu nie ruszał się z miejsca. Czyżby czekał na pisemne zaproszenie? Jeszcze czego! Spojrzałam na niego wyczekująco. Kiedy na mnie zerknął tylko się uśmiechnął i usiadł na kanapie.
- Ja nie mam czego sprzątać.
- Czyli rozumiem, że muszlę klozetową oglądałeś w celach czysto turystycznych?
Brunet parsknął niepohamowanym śmiechem. Kiedy już się uspokoił usiadłam obok niego. Wtedy spojrzał na mnie i jakby czegoś szukał. Te ciemne, gęste brwi i inteligentny błysk w oku. Cholera! Czemu on musi być taki przystojny?!
- Jesteś strasznie podobna do brata. Z charakteru i wyglądu. Ktoś obcy mógłby stwierdzić, że jesteście bliźniakami. Nawet sarkazm i ironia są u was podobne.
- Zaraz, zaraz. Mój brat nie wie co to sarkazm. On z założenia jest miły, grzeczny i chce mieć kota, którego nazwie Groszek.
Znowu się zaśmiał. Do jasnej Anielki, dlaczego on musi być taki fajny? To przecież kumpel Arda. Nie mogę flirtować ze znajomym mojego brata. Czy mogę? To chore. Zabiłby mnie. Już jakiś czas temu dostałam kategoryczny zakaz mieszania się w jego prywatne sprawy. Na papierze i z podpisem mamy.
Jednak z drugiej strony Daniel nie może być taki super, bo Ard zadaje się z samymi dziwakami. Nie żebym sama była normalna. Znaczy jestem. Tylko, że rzadko kiedy można spotkać takiego indywidualistę jak ja.
Moje przemyślenia przerwał dzwonek telefonu. Kto normalny dzwoni o północy na domowy? Jak scena z horroru. Szybko odebrałam, bo nasza sąsiadka z naprzeciwka chyba słyszy nawet moje myśli. Sądzi, że opanował mnie diabeł. Mówi, że chodzi spać o 20:00, ale pewnie i tak wie co się tu działo.
- Halo?
-  Hej, tu Gerard. Mogłabyś mi dać Leonarda do telefonu?
Uuu. Braciszek raczej nie będzie zadowolony, ale co mi tam. W końcu to jego najlepszy przyjaciel. Zawołałam brata do telefonu.
Rozmawiali dosłownie dwie minuty. Odłożył słuchawkę z niewzruszonym wyrazem twarzy. Chyba miał moralny dylemat związany z długoletnią przyjaźnią. Ard zna się z Gerardem od piaskownicy i od tego samego czasu się przyjaźnią. Różnili się od reszty dzieci. W pierwszej klasie podstawówki jednogłośnie stwierdzili, że ich idolem i autorytetem jest Albert Einstein. Dwaj indywidualiści. Wysocy, bladzi, inteligentniejsi od reszty klasy. Flip i Flap. Jak ja i Lope.
- Za dziesięć minut będzie tutaj Gerard, bo mam z nim do pogadania i byłbym bardzo wdzięczny,  gdyby was przy tym nie było.
W trójkę poszliśmy na górę. Michael spał w pokoju Arda, a ja i Daniel siedzieliśmy u mnie. Z początku rozmowa się nie kleiła. Jednak kiedy zeszliśmy na temat muzyki, filmu i literatury nie mogłam się nadziwić, że lubi to samo co ja. Może z wyjątkiem Artemisa Fowla. Jedliśmy krakersy, ale nie miałam już ochoty na piwo. Miałam dość alkoholu. W szczególności jego zapachu.
- Powiedziałeś, że w łazience nie masz czego sprzątać, więc cóż tam robiłeś? – spytałam wygodniej rozkładając się na łóżku. Laptopa odłożyłam na stolik. Nie żebym sugerowała koledze, aby się położył obok. Po prostu to jakoś mnie rozpraszało.
- Nie piłem razem z resztą, więc Ard zaproponował mi kawę i ciasto. Pojęcia nie mam co zaszkodziło mi bardziej, bo z grzeczności wypiłem oraz zjadłem wszystko, co mi podsunął pod nos. To było straszne.
Uśmiechnęłam się z litością. Na samą myśl o moim bracie przy garach dostałam ataku śmiechu. On nawet wody nie potrafi zagotować, pomijając fakt, jak ostatnio chciał zrobić sobie budyń. Masakra. Przez tydzień skrobaliśmy przypalone gile z okapu. Ale przynajmniej w całej kuchni pachniało wanilią.

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1